Praca w jednym z największych i najstarszych banków w Olsztynie jest celem niejednej młodej osoby wchodzącej na rynek pracy. Tak też było z Anną.
Ogłoszenie o naborze znalazła w Internecie. Szybko wysłała pocztą elektroniczną list motywacyjny i życiorys. W ciągu kilku dni otrzymała odpowiedź z zaproszeniem na rozmowę kwalifikacyjną. W oddziale banku czekało już kilkanaście innych, przeważnie młodych, kobiet. Sama rozmowa przebiegła sprawnie. Anna od razu wyczuła, że spodobała się prowadzącym rekrutację paniom. Nie była więc zaskoczona, gdy po tygodniu odebrała telefon z zaproszeniem na podpisanie umowy. Zgodnie z treścią ogłoszenia była to umowa na zastępstwo. Dyrektor oddziału radziła jednak nie zrażać się tym, gdyż „dobrych pracowników zawsze potrzeba”.
Pierwszy miesiąc upłynął raczej nudno. Wraz z nowoprzyjętą koleżanką Anna czekała na szkolenie, po którym będzie mogła zacząć obsługę klienta. Na razie na zmianę pełniły przeważnie funkcję tzw. meeter-greeter. Polegało to na witaniu w progu klientów i pytanie z miłym uśmiechem: „w czym mogę pomóc?”. Najczęstszą reakcją ludzi było stwierdzenie, że mogłaby usiąść do obsługi klienta. Wtedy kolejki byłyby mniejsze.
W styczniu 2008 roku dziewczyny pojechały w końcu do Warszawy na dwudniowe szkolenie z obsługi systemu komputerowego używanego w banku. Po powrocie natychmiast zostały usadowione za komputerami i zaczęły właściwą pracę.
Początki zawsze są ciężkie. Anna przez pierwszy miesiąc bez przerwy czuła kłucie w sercu. Często zdarzały się bezsenne noce. Wielu rzeczy nie była pewna i często przed zatwierdzeniem większej transakcji prosiła o pomoc starsze stażem koleżanki. Wszyscy jednak są zwykle bardzo zajęci, więc czasami trzeba było ryzykować i samodzielnie kończyć operację. Ponieważ praca trwa dziesięć godzin (cztery dni w tygodniu), a kolejki prawie nigdy nie maleją, o pomyłkę nietrudno. Pewnego razu, podczas zliczania gotówki na koniec dnia, Annie zabrakło stu złotych. Wraz z koleżankami przejrzała wszystkie operacje, ale nie znalazły brakującej kwoty. Anna poszła do bankomatu i uregulowała różnicę z własnych pieniędzy. Co by było, gdyby pomyliła się na sto tysięcy? Lepiej o tym nie myśleć.
Anna przychodzi do pracy na ósmą piętnaście. O tej godzinie otwierane są drzwi i pracownicy biegiem wpadają do budynku. Zaczyna się przygotowywanie do pracy: włączanie komputerów, logowanie się do systemu oraz kilku programów. Piętnaście minut później bank jest otwierany dla klientów. Natychmiast tworzy się kolejka. Klientela to głównie emeryci opłacający swoje rachunki mieszkaniowe. Bank nie jest pusty nawet przez chwilę, aż do wpół do szóstej po południu. O tej godzinie oddział jest zamykany, a dziewczyny z obsługi klienta podsumowują operacje z całego dnia i rozliczają się z przyjętej gotówki. Czasami nie zgadza się jakaś drobna kwota. Trzeba liczyć od nowa. Koperta z zapakowanymi monetami jest rozrywana i liczenie zaczyna się od nowa. Pozostali pracownicy nie mogą opuścić banku – wszyscy zawsze wychodzą razem. Komentarze pod adresem marudera nie są generalnie sympatyczne. Zazwyczaj błąd na szczęście się znajduje i można iść do domu. Anna pakuje się i po raz kolejny orientuje się, że znowu nie zjadła kanapki. W tym banku nie istnieje coś takiego jak przerwa śniadaniowa. Toalety w zasadzie też nie są potrzebne. Dziewczyny z obsługi z nich nie korzystają. Po prostu nawet nie mają czasu zdać sobie sprawy, że chcą wyjść za potrzebą.
Niedawno jedna z pracownic obsługujących kredyty wzięła urlop zdrowotny z powodu ciąży. W pracy zastępuje ją Ala, która do tej pory obsługiwała klientów. Kolejki się wydłużyły. Tydzień temu koleżanka Anny, która wraz z nią zaczęła pracę, złożyła wypowiedzenie. Tego dnia dyrektor oddziału zeszła na dół i powiedziała dziewczynom, że zastanawiała się, czy przyjąć kogoś do pracy na miejsce Magdy. Stwierdziła jednak, że dziewczyny dużo czasu stracą na przyuczenie kogoś nowego. Efektywniej będzie, jeśli rozdzielą między siebie jej obowiązki. Skoro dają sobie radę bez Ali, poradzą sobie także bez Magdy. Prosiła o zrozumienie i pomoc.
Anna też chciała zrezygnować z tej pracy. Dwa razy. Szefowa przekonała ją jednak, aby się nie poddawała. Tym bardziej, że z końcem marca wypłacana będzie premia kwartalna za wykonanie planu. Anna się nie poddała, ale premii nie zobaczyła na swoim koncie. Ale z pracy nie odchodzi. Jakoś nauczyła się radzić sobie z ciągłą presją, poza tym o lepszą pracę w Olsztynie nie jest łatwo. Bank dał na początek 2000 złotych brutto. Kwota nie powalająca na kolana, ale wyżyć się da.
Wg danych Głównego Urzędu Statystycznego stopa bezrobocia w Olsztynie wyniosła z końcem lutego br. 4,8%, a przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej w roku 2007 to 2 691 złotych brutto.